prostolinijnie i z emocjami Jej moda jest wyjątkowa. Płaszcze i żakiety mają proste fasony, tkaniny są szlachetne, z niewielką ilością wzorów. W ten sposób Gabriele Strehle udowadnia, że elegancki strój może być jednocześnie wygodny i praktyczny, a także łatwy do łączenia z innymi częściami garderoby. Strenesse to gwarancja stroju odpowiedniego w każdej sytuacji.

Pochodzi Pani z Allgäu, regionu pełnego soczystej zieleni i nasyconych kolorów. Czy ma to wpływ na modę, którą Pani tworzy?

Owszem, Allgäu to dla mnie czystość, przejrzystość i naturalność – na tych trzech elementach bazuje noja praca. 

Co wyróżnia Strenesse?

Uwielbienie prostoty i miłość do szczegółów oraz przekonanie, że stonowany erotyzm działa dużo lepiej niż krzykliwy seksapil. 

Jaką funkcję powinno mieć ubranie? 

Ma pokazywać, jaki jest człowiek, który je nosi. A także poprawiać nastrój, ponieważ w dobrze dobranym i lubianym stroju czujemy się komfortowo i atrakcyjnie.  

A jaki fason może w tym pomóc? 

Najlepszy jest taki, który podkreśla zalety i tuszuje wady naszej sylwetki. Kto ma zgrabne nogi, powinien je pokazywać, i to nie tylko w wieku lat 16., ale także 60. Jeśli masz piękny dekolt, pokaż go. Jednak obowiązuje zasada, że eksponujemy tylko jeden element, który będzie przyciągał wzrok. Podobnie jak w przypadku makijażu – oczy albo usta. Mówiąc wprost: minispódniczki nigdy nie łączymy z głębokim dekoltem. 

A jaką rolę odgrywa tu tkanina?

Zakochuję się w tkaninie, gdy jej dotyk wywołuje we mnie emocje. Daje mi to gwarancję, że to samo poczują ci, dla których projektuję.

Co jest dla Pani inspiracją?

W wolnym czasie chętnie obserwuję ludzi w codziennych sytuacjach. Patrzę, jak ze sobą flirtują, jak noszą na rękach swoje dzieci, jak się śmieją czy jak słuchają muzyki. Właśnie to codzienne życie jest dla mnie nieustannym źródłem inspiracji.

A jak się Pani czuje, kiedy widzi Pani na ulicy kogoś ubranego w Strenesse?

To wspaniałe uczucie. To trochę tak jak muzyk, który słyszy, gdy ktoś śpiewa jego utwór, lub jak autor, który ogląda swoją sztukę na deskach teatru. Wtedy za każdym razem czuję coś innego, na nowo poznaję swoje dzieło. Każdy, kto nosi zaprojektowane przeze mnie stroje, interpretuje je w inny sposób, osobiście. A mnie to fascynuje.

Kiedy zdecydowała się Pani zostać projektantką?

Kiedy zaprojektowana i uszyta przeze mnie sukienka maturalna dla mojej starszej siostry odniosła sukces. A sukces oznaczał w tym wypadku to, że dobrze się w niej czuła i że wszyscy ją podziwiali, mimo że nie miała idealnej figury i nie była klasyczną pięknością. Była po prostu młodą dziewczyną – pełną wdzięku, który udało mi się podkreślić za pomocą stroju. Ten fakt mnie uszczęśliwił i dodał odwagi.

Jak ważne są dla Pani kolory i nadruki? 

Bardzo ważne. Podziwiam projektantów tkanin. Najbardziej tych, którzy zawsze zadają sobie pytanie, jakie dobry pianista stawia piosenkarzowi: „Czy nie gram zbyt głośno?”.

Czy podczas tworzenia ma Pani przed oczyma tkaninę czy raczej krój?

Trudno to oddzielić. W procesie tworzenia nie ma kolejności, a raczej współgranie. Wtedy wszystkie zmysły ze sobą współpracują. Dlatego jest to tak pociągające.

Czy miewa Pani czasami wątpliwości co do swoich kolekcji?

Po tylu latach pracy zawsze mam wątpliwości, i to aż do momentu oddania kolekcji. Ale nie martwi mnie to, bo uważam, że brak wiary we własne możliwości jest twórczym czynnikiem chroniącym przed popełnianiem błędów.