Krawiec o bezkresnym talencie – twórcy filmu "McQueen" [WYWIAD]

2 miesiące temu

Z FILMU DOKUMENTALNEGO „MCQUEEN” WYŁANIA SIĘ PRAWDZIWY ALEXANDER. CZŁOWIEK O BEZKRESNYM TALENCIE, JASNOŚCI UMYSŁU I STADZIE ŚCIGAJĄCYCH GO DEMONÓW. TYLKO U NAS ROZMOWA Z REŻYSERAMI, PETEREM ETTEDGUIM I IANEM BONHÔTE.


Alexander McQueen był geniuszem. Miał miarkę w oczach – potrafił uszyć idealnie leżące spodnie, mierząc klienta wyłącznie wzrokiem. Z filmu dokumentalnego „McQueen” dowiadujemy się m.in., że na stażu w Red or Dead słuchał w kółko Sinéad O’Connor, w podszewkach lubił zaszywać ukryte wiadomości,  a w projekcie dyplomowym do wykonania sukienek użył ludzkich włosów. Nam udało się porozmawiać z reżyserami, Peterem Ettedguim i Ianem Bonhôte, tuż po premierze filmu na festiwalu w Tribece.

Obejrzałam wasz dokument kilka godzin temu i dosłownie ściął mnie z nóg. W trakcie seansu, mimo że znałam wcześniej historię McQueena, chciałam wierzyć do samego końca, że nie odbierze sobie życia. Właściwie w to uwierzyłam.

PETER: Faktycznie, ludzie wychodzą z seansu z traumą, czuje – my się trochę winni... Ale jest to też katharsis. Pokazaliśmy opowieść o kimś, kto popełnia samobójstwo pod koniec historii, z czym trzeba sobie poradzić, a to niełatwe, jeśli zaczynasz być emocjonalnie związana z tą osobą. To, o czym powiedziałaś, to szczere poruszenie widzów, z którymi się mierzymy.

 IAN: Ten film to dzielenie się wspomnieniami, które dla wielu są bolesne, przeżywają je na nowo. Na tym polega zrobienie dobrego dokumentu: przywrócić życie, rozmawiać z prawdziwymi ludźmi o rzeczach, które ich spotkały: z przyjacielem, bratem, chłopakiem, kochankiem. Czuliśmy, że ciąży na nas duża odpowiedzialność. Ja nawet posunęłabym się do tego, żeby nie nazywać go dokumentem, a raczej operą. „McQueen” ma jej cały rytm: dzieli się na akty, a muzyka współgra z dramatyczną akcją,  jak w libretto.

PETER: Zacznę od tego, że nie chcieliśmy robić dokumentu o modzie. Zrobiliśmy film o kimś, kto w tym środowisku pracował. Poza tym chcieliśmy odejść od klasycznej formy dokumentu. Jeśli spojrzysz na samo słowo „dokument”, to odnajdziesz  w jego tradycji „informację”. My nie chcieliśmy wyłącznie  informować, ale dać widzom potężne emocjonalne doświadczenie, które zabiorą z sobą, wychodząc z kina. Od początku wiedzieliśmy, że będziemy przeprowadzać wywiady i używać taśm archiwalnych. A co do opery – masz dużo racji. Bardzo chcieliśmy, żeby muzykę napisał kompozytor Michael Nyman. I jego zgoda była jedną z najlepszych rzeczy, jakie nam się przytrafiły podczas pracy nad dokumentem. Razem wybraliśmy muzykę, która odpowiadała bohaterom albo pewnej ulotnej emocji. W scenie, w której Lee (pierwsze imię McQueena – przyp. red.) myśli o tym, żeby się zabić, podłożyliśmy pianino. Ale gdy przychodzi scena, w której mówimy o samobójstwie, używamy wersji tego samego utworu, ale na orkiestrę I w tym momencie dzieje się dokładnie to, o czym mówisz: masz nadzieję, że do tej śmierci nie dojdzie. To potężne  namiętności, muzyka pomaga prowadzić historię. 

A dlaczego McQueen? Już wiem, że nie chodziło wam o modowy dokument. Ale skąd pomysł, że ma to być właśnie Lee?

IAN: Szukaliśmy zawsze bohaterów, którzy mieliby głębię. W tej historii jest wszystko, od biedy do bogactwa, od zabawy po tragiczne zakończenie, walka ze środowiskiem, bo Lee nigdy do końca nie odnalazł się w przemyśle mody, choć był jedną z najważniejszych osób w tym biznesie. Lee był lata świetlne od haute couture, ale gdy został kreatywnym Givenchy, zszokował wszystkich tym, jak świetnie sobie radził na tym gruncie. Wszystkie te elementy zagrały. Jeśli przyjrzysz się modzie, spojrzysz na wybitne postaci, jak Saint Laurent, Coco Chanel, to zobaczysz, że Lee był najbardziej płodny. Najprawdopodobniej był największym projektantem wszech czasów. Liczba sylwetek, jakie stworzył, ile razy zmieniał kobiecą sylwetkę – to nie mieści się w głowie! Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, jak dużo zrobił i jak wiele osiągnął w tak krótkim czasie. Był tytanem pracy. Wyobraź sobie, czego mógłby dokonać, gdyby miał za sobą tyle lat kariery, co Karl Lagerfeld. To dlatego stał się dla nas tak interesujący. W środowisku od pewnego czasu krążą plotki, że na temat McQueena powstanie dramat. Ale po co robić film? Po co wymyślać coś, co już jest  gotowe? Jego życie to jedyny scenariusz do opowiedzenia, jaki ma teraz sens. Po co szukać aktora? Po co?! Widownia jest gotowa, żeby zobaczyć domowe, brudne fotografie, stare taśmy, niedoskonałe, zniszczone. W tych taśmach jest prawda. Plus muzyka z opery, cała struktura będąca odbiciem starożytnej tragedii – wszystko złożyło się w całość.

PETER: No i niewiele osób ma szansę obejrzeć pokaz mody. Szczególnie na wielkim ekranie. A pokazy McQueena to niezwykłe historie, podróże wewnątrz siebie, których nie da się opisać słowami.

Po obejrzeniu filmu byłam pewna, że znaliście McQueena od początku. Sugerował to dobór postaci – jego najbliższych przyjaciół, współpracowników, rodziny, taśmy i zdjęcia z prywatnych archiwów. Potem dowiedziałam się, że nie znaliście  go w ogóle... Utrudniło wam to pracę?

 IAN: Wszystko odbywało się bardzo szybko, z wielu przyczyn. Cały film powstał w rok. Działaliśmy pod wielkim ciśnieniem, czuliśmy się trochę, jakbyśmy pracowali u McQueena [śmiech]. Szybciej, więcej i ciągle za wolno. Mieliśmy wizję. Ale to dotarcie do ludzi, z którymi chcieliśmy rozmawiać, było prawdziwym wyzwaniem. Wielu z nich nas pytało, dlaczego chcemy opowiedzieć tę historię? Kim jesteśmy? A my pozwoliliśmy ludziom mówić. I pozwoliliśmy mówić samemu McQueenowi. Nie byliśmy z wnętrza przemysłu modowego, z konkretnymi naleciałościami. Byliśmy czyści jak kartka papieru. Chcieliśmy zrobić film o człowieku. Nie o kontrowersjach, plotkach, to nas nie interesowało. Wyszedł film o człowieku, który był geniuszem.

PETER: Pod koniec prac nad „McQueenem” rzeczywiście czuliśmy, że go znamy. Na premierze na festiwalu w Tribece reakcja widowni była niesamowita. Lee stał się częścią naszego życia. Mówił do nas z taśm codziennie. Pokochaliśmy jego mroczne emocje, ale też wszystkie historie o nim. Jaki był niegrzeczny, zabawny.

IAN: Ta historia działa na ludzi w taki sposób, jakby ktoś opowiadał im o ich bracie, siostrze, przyjacielu. To nie jest film  o ludziach, którzy go znali. To film o nim. Czujemy się za ten dokument odpowiedzialni, jakbyśmy wypuścili własne dziecko w świat. 

PETER: To prawda, musieliśmy bardzo uważać, żeby nie powstał dokument o jego bliskich. Chcieliśmy, żeby Lee był głównym bohaterem. Mieliśmy bardzo dużo materiałów, w których się wypowiadał, bawił się z przyjaciółmi na plaży, biegał z ukochanymi psami, tańczył .Ten film jest jego głosem. Udało się wam. Na dodatek wasz obiektywny punkt widzenia doprowadził do delikatnego potraktowania szorstkiej przyjaźni z Isabellą Blow, problemu z narkotykami czy depresji...  Nie mówicie o tym dużo.

IAN: Najważniejsze dla nas było traktowanie Alexandra z jak największym szacunkiem. Dzięki temu prace szły naprzód. Ani narkotyki, ani jego styl życia nie były odpowiedzialne  za stworzenie geniusza i jego dzieła. Za to odpowiedzialny był sam McQueen. Oczywiście, w jego życiu zdarzały się jaśniejsze  i bardziej mroczne momenty. Ale uznaliśmy, że najuczciwiej będzie wspomnieć o narkotykach raz – bo jeśli robilibyśmy  to wiele razy, widownia mogłaby pomyśleć: „to wszystko przez narkotyki”. Dlatego uważaliśmy. W końcu w całym przemyśle kreatywnym jest dużo narkotyków. Ludzie decydują, czy je biorą, czy nie. To absolutnie ich nie definiuje.

PETER: To, że byliśmy delikatni, nie oznacza, że w jakikolwiek sposób go wybielaliśmy. Ale też nie jesteśmy obleśnymi typami, którzy przychodzą do studia tylko po to, żeby dokopać innym ludziom. Najważniejsza w tym portrecie była uczciwość. Wspomniałaś o Isabelli. Z wielu medialnych przekazów można było wyrobić sobie opinię o tym, jakim okropnym człowiekiem był McQueen. Zostawił ją i zdradził. OK, ale to jedna interpretacja, która jest bardzo osądzająca. O ich relacji można by zrobić cały film. Poza tym Isabella jest tylko częścią życia Alexandra. Zdecydowaliśmy się za to pokazać złożoność tej sytuacji – w końcu zawsze można ją odwrócić i powiedzieć, że Isabella czerpała z jego talentu i geniuszu, podpisywała się pod tym, co robił. Zawsze powtarzała, że to do niej należy odkrycie tego geniusza. Media zawsze nadmuchiwały jej rolę jako mentorki czy muzy Alexandra. Rozumiem, że mogło go to denerwować. Ona była ekscentryczką. Ale on też. Kiedy Lee został zatrudniony  w Givenchy, już wtedy wiedział, że pozostanie naturalnym buntownikiem będzie dla niego w tym nowym środowisku bardzo trudne. A z Isabellą byłoby jeszcze trudniejsze, dlatego do paryskiego atelier w ogóle jej nie dopuścił. Poruszyliśmy  tę sprawę, ale naszym zamiarem w żadnym wypadku nie było osądzanie.

Doceniam to, bo do tej pory wszyscy publicyści starali  się narzucić publiczności własne zdanie na ten temat.  Jakim kluczem w takim razie wybieraliście ludzi, z którymi  rozmawialiście?

IAN:  Odezwaliśmy się do naprawdę wielu ludzi, pracowaliśmy bardzo ciężko, żeby dotrzeć do każdego. Przy robieniu dokumentu część bohaterów wypowiada się przed kamerą, ale są także dziesiątki tych, którzy przed kamerą nie zasiądą z różnych przyczyn, ale są równie ważni dla filmu, bo tworzą całą jego bazę. Był też sam Lee, bo przecież, jak zauważyłaś, wykorzystaliśmy jego głos. Przyznajemy, że w trakcie zdjęć wielu było sceptycznie nastawionych do projektu, po tych wszystkich nieautoryzowanych książkach czy artykułach. Bali się,  że możemy przeinaczyć ich słowa. Byli też tacy, którzy na koniec uznali, że nie chcą się wypowiadać do filmu. Ale to dzięki nim dowiedzieliśmy się, kim w rzeczywistości był Lee. I byli  to ci, którzy żyli z nim bardzo blisko, dzielili cały czas, serce.

PETER: Tak, to trzeba podkreślić – nie chcieliśmy po prostu  komentatorów. To byłoby zbędne. Chcieliśmy tych, którzy  go znali, rozumieli, kochali.

Ale brakuje jednej osoby, która się wypowiada: chodzi o Sarah Burton, byłą asystentkę Alexandra, która po jego śmierci stanęła na czele domu mody McQueen. Sama w dokumencie się pojawia – pokazujecie ją jak asystuje Lee, ale nic nie mówi. Nie zgodziła się na wywiad? Czy to wy nie chcieliście jej wypowiedzi?

IAN:  Nie udało nam się porozmawiać bezpośrednio z Sarah, próbowaliśmy dotrzeć do niej przez markę. Ale oni chcą koncentrować brand teraz bezpośrednio na niej. Sarah jest bardzo nieśmiała przed kamerami, nie lubi udzielać wywiadów. Poza tym zarządzający domem mody McQueen nie wiedzieli, jaki typ filmu robimy.

PETER: Tak jak mówisz, Sarah pojawia się pod koniec filmu, kiedy stoi obok Alexandra i podaje mu szpilki. To ona. Pokazujemy te ujęcia, żeby podkreślić, jak doskonale jej szło, była jego prawą ręką, zawsze obok. No i tak, jak mówi Ian – Sarah wypowiada się publicznie niezwykle rzadko. Jako dyrektor kreatywna udzieliła może kilku wywiadów, jeden z okazji wystawy „Savage Beauty”. To, czego możemy być pewni, to że oddaje Alexandrowi hołd swoją pracą. Bardzo szanujemy ludzi, którzy wystąpili w naszym filmie i takim samym szacunkiem  obdarzamy tych, którzy nie chcieli tego robić, bo mają swoje powody. Chcieliśmy z nią rozmawiać, oczywiście. Jednak nie była to postać najważniejsza w tym dokumencie. Nie zapominajmy o tych wszystkich odważnych osobach, które bardzo nam pomogły, dały z siebie wszystko. Uważam, że trzeba zwrócić dużą uwagę na takich ludzi, jak Gary McQueen. On do tej pory nie udzielał wywiadów. Nie wiedział, czy chciałby mówić o wuju. Tym razem się odważył, składając dodatkowo wizualny hołd Alexandrowi piękną czaszką, obleczoną kwiatami,  z której oczodołu wylatuje ptak, którą możesz zobaczyć przed jednym z ostatnich aktów filmu. To jego dzieło. Gary produkował najpiękniejsze wizualnie części dokumentu. Film jest bardzo kompletny sam w sobie. Dlatego jesteśmy bardzo wdzięczni wszystkim, którzy nad nim pracowali.

 

REŻYSERZY FILMU

Spędzili nad dokumentem tylko rok. W tym czasie spotkali się z setkami współpracowników i przyjaciół projektanta.

IAN BONHÔTE  Szwajcarsko-francuski wielokrotnie nagradzany reżyser i producent. Jako dyrektor kreatywny pracował nad kampaniami Pumy, Nike, Pepsi, a także nad teledyskami Mumford & Sons  czy Jamiego Culluma.  Ma polskie korzenie. 

PETER ETTEDGUI  Jest producentem  (m.in. film „Kinky Boots”) i filmowcem. Jego ojcem jest Joseph Ettedgui, założyciel słynnej marki Joseph. Dzięki koneksjom rodzinnym udało mu się zyskać zaufanie branży mody przy projekcie „McQueen”. 

 

 

Komentarze
0

 

Stylizacja tygodnia



Ostatnio na forum


Newsletter

Zapisz się do naszego newslettera.