Egipska bawełna merceryzowana czyli zemsta Faraona... ;)

10 miesiecy temu

Czy szyłyście kiedykolwiek cokolwiek z merceryzowanej bawełny egipskiej? Jeśli nie, to dwa razy się zastanówcie, zanim zakupicie taką materię, szczegóły poniżej... Otóż, kilka tygodni temu nabyłam 2 x po metrze naprawdę prześlicznej dzianiny. Jedną w kolorze opalizującego fioletu, drugą w ciemnym, marmurkowym granacie. Bawełna merceryzowana ma to do siebie, że jest leciutko połyskliwa (to taki delikatny połysk, niemający nic wspólnego z ostentacyjnym błyskiem satyny) i "papierowa" w chwycie, tzn. załamuje się nieco kanciasto, raczej jak ortalion, niż jak np. krepa. Gotowy ciuch na "nosicielu" ;) pracuje trochę jak origami, co widać na zdjęciach. Do tej pory znałam merceryzowaną bawełnę jedynie w wydaniu nici do szydełkowania, z których "udziałam" już mnóstwo serwet w bajecznych kolorach (dzięki procesowi merceryzacji włókno bawełniane w kordonku jest pięknie, trwale, intensywnie wybarwione i naprawdę bardzo mocne, polecam wszystkim dziergającym). Natomiast dzianina tego gatunku była dla mnie nowością, ale oczekiwałam, że będzie to co najmniej miła niespodzianka... Zaczęłam od tej fioletowej, na którą wybrałam model nr 101 z Burdy 6/2009. Szyłam już wcześniej bluzeczkę według tego wykroju, miałam więc po części uzasadnioną nadzieję, że sukienka będzie jeszcze lepsza... :) Skroiłam, lekko (naprawdę leciutko!) przejechałam radełkiem linie szycia po białej kalce (w modelach blisko ciała najczęściej pomagam sobie radełkiem i kolorową kalką, żeby uzyskać maksymalną precyzję dopasowania modelu do ciała) i zaczęłam obrzucać zapasy overlockiem. Nie uwierzycie, co się stało. Docelowe linie szwów zaczęły mi się pod palcami dosłownie "rozjeżdżać" na boki! Okazało się, że moje poczciwe, wysłużone radełko pocięło całą bawełnę na kawałki wzdłuż planowanych linii szwów! Byłam w szoku... Ponieważ materiał był już do wyrzucenia, postanowiłam dokonać na nim kilku prób wytrzymałościowych. Po prostu nie chciało mi się wierzyć, że mogłam wyrządzić dzianinie taką krzywdę tępawym de facto, leciwym radełkiem. Stwierdziłam, że po stosunkowo lekkim naciągnięciu dzianina prawie tak samo łatwo pękała również w tych miejscach, których radełko nawet nie musnęło! Ta cała egipska dzianinowa paskuda okazała się słabsza i delikatniejsza niż tiul czy muślin! Dacie wiarę?... Jako dowód zniszczenia zamieszczam ostatnie zdjęcie. Nieco zrezygnowana wzięłam na warsztat drugą merceryzowaną, tę granatową, poczyniwszy najsamprzód kilka prób "kondycyjnych" na skrawkach. Ta okazała się zdecydowanie mocniejsza, więc ochoczo przystąpiłam do szycia. Sukienkę uszyłam dość szybko (model jest bez podszewki, ma tylko część paska wzmocnioną od spodu elastyczną tkaniną, dodatkowo zrezygnowałam z zakładek w części górnej, po prostu miałam za mało materiału). Przymierzyłam. Zdjęłam. Obejrzałam pod światło. Zbladłam. Okazało się, że niewinny kryty suwak poprzecinał egipską merceryzowaną w kilku miejscach. Co więcej, na kilku szwach łączących odkryłam prześwity z "puszczonych oczek" (szyłam specjalną igłą do dzianin, więc przyczyna musiała tkwić w słabości wyrobu, a nie w technice szycia). Nie wiem ile jeszcze razy będzie mi dane ubrać tę sukienkę i czy przetrwa ona choć jedno (z całą pewnością ręczne) pranie, ale wolę się do niej nie przyzwyczajać... Uszyję ten model ponownie, ale już z niezawodnej, ukochanej wiskozy... :)

Komentarze
19

Stylizacja tygodnia



Ostatnio na forum