Marchewka w tweedzie, to prawie jak potrawa

2 lata temu

Jak to zwykle u mnie bywa, w szyciu okryć wierzchnich mam spore opóźnienia. Taką odzież naprawdę lubię dopracowywać. Na obcinaniu nitek na lewej stronie tkaniny wierzchniej i podszewki spędzam całe dnie. Lubię też obrzucić wszystkie zapasy (mimo tego, że nigdy nie będą widoczne). Żakiet ze zdjęć zaczęłam szyć jeszcze w listopadzie. Tak, w listopadzie! To góra, która miała uzupełnić "zwyklaka". Wykrój, z którego skorzystałam (#112, Burda 12/2005), jest wykrojem wprost idealnym - przepięknie skonstruowanym i niewymagającym poprawek (tradycyjnie zwęziłam talię i powiększyłam podkroje pach). Trzeba jednak pamiętać, że jeśli nie lubimy zbyt obcisłych rzeczy, należy nasz żakiet uszyć z cienkiej tkaniny. Ja tu z grubością materiału troszkę pojechałam, więc pod spód jestem w stanie wcisnąć tylko bluzkę bez rękawów. Niespecjalnie mnie to martwi, bo do żakietów raczej nie zdarza mi się zakładać niczego cieplejszego (co ciekawe, w ubiegłym wieku pod takie żakiety wkładano wyłącznie półkoszulek, który udawał bluzkę). Aby zapewnić sobie wygodę, użyłam cieniutkiej rozciągliwej podszewki. Jest droga (19 zł/m b.), ale jej zaletą jest spora wytrzymałość - nie rwie się i nie rozchodzi, więc warta jest wydanych pieniędzy. Spójrzcie, jak to wyszło.

Komentarze
12

Stylizacja tygodnia



Ostatnio na forum