Pasiasta sukienka vintage

5 miesiecy temu

Szycie z przygodami czyli zapraszam tylko wytrwałych do przydługiego opisu!


Muszę zacząć od momentu, kiedy zobaczyłam zapowiedź lipcowego numeru Burdy i przedruk modelu vintage z 1956 roku. Po prostu miłość od pierszego wejrzenia! I tak mam słabość do mody lat 50-ych, ale oryginalny sposób wykorzystania tkaniny w paski kupił mnie całkowicie. W dodatku akurat miałam idealny kawałek materiału na ten projekt - mieszankę bawełny i lnu w grube biało-niebieskie pasy. Nic, tylko zacząć szyć! Musiałam jednak uzbroić się w cierpliwość i poczekać, aż listonosz wrzuci prenumeratę do skrzynki. Co nie nastąpiło zbyt szybko, bo magazyn zaginął i musiałam poprosić obsługę klienta o ponowne nadanie przesyłki... Ale oto w końcu pismo trafiło w moje ręce i prawie pisnęłam z radości, kiedy zobaczyłam, że wykrój jest dostępny również w rozmiarze 34. Z doświadczenia wiem bowiem, że w takim przypadku właściwie nie muszę wprowadzać poprawek.

Jednak nie tym razem... Kontrolnie zmierzyłam na papierze obwód talii i biustu, bo w tych miejscach góra sukienki powinna być dopasowana, a przynajmniej taki wniosek nasuwało zdjęcie na modelce. Duuużo za dużo. Niedobrze. Wracam zatem do zdjęć i opisu w magazynie. Dopiero dokładna inspekcja zdjęcia z 1956 roku ujawniła, że ten model był oryginalnie zaprojektowany do noszenia z paskiem w talii (a także zapewnie z biustonoszem nadającym spiczasty kształt piersiom), stąd tyle luzu. Jeśli nie chcę marszczyć sukienki w talii paskiem i pozostać przy współczesnej bieliźnie, całą górę trzeba mocno zwęzić. "Mocno" okazało się zejściem w dół o... dwa rozmiary, a przypominam, że zaczynałam od rozmiaru 34!

Przy takiej ingerencji w wykrój nie miałam odwagi od razu ciąć docelowego materiału, więc zaczęłam od prototypu z innej tkaniny. I chociaż modyfikacja okazała się sukcesem, dobrze było poćwiczyć wszywanie klinów pod pachami, bo owszem, nie obyło się bez kilkukrotnego prucia.

Uzbrojona w doświadczenie i idealnie dopasowany do sylwetki wykrój zabrałam się w końcu za szycie tej ostatecznej, pasiastej piękności. Górę machnęłam w godzinę i z zapałem zabrałam się za spódnicę, która nie jest skomplikowana, ale ilość elementów jest wprostproporcjonalna do czasu, jaki zabiera ich zszycie... Krótko mówiąc, szyje się ją długo, a mnie zaczęło dopadać zniecierpliwienie i zmęczenie. To nie moglo skończyć się inaczej, jak katastrofą i to w najgłupszym wydaniu - przez nieuwagę pod nóż overlocka poszedł nie tylko szew, ale również przód góry sukienki. Tak, wyszarpałam wielką dziurę między talią a lewym cyckiem. Mówiłam już, że przedtem materiał skroiłam do ostatniego centymetra? Nie?

Moja Mama, kiedy znajdzie nowy przepis na ciasto, które w rezultacie okazuje się kompletną klapą, nie piecze potem nic przez pół roku, żeby zapomnieć o porażce. Na szczęście ja potrzebowałam tylko kilku tygodni na pozbycie się frustracji. W ostateczności odetnę górę i będę miała piękną spódnicę. Trochę bez przekonania poszłam do sklepu, w którym rok wcześniej kupiłam materiał w pasy. Mało się nie popłakałam, jak zobaczyłam znajomą resztkę beli w kącie!

Po raz trzeci uszyłam górę, połączyłam ze spódnicą, wykończyłam i nie wiadomo kiedy lato się skończyło, przyszedł wrzesień. Jeszcze ciepły na szczęście, więc wprawdzie w parze ze sportowymi butami, ale w końcu ją założyłam. I wiecie co? Było warto. Uwielbiam tą sukienkę!

P.S. Mąż stwierdził, że wyglądam jak ubrana w ściereczkę kuchenną. No, nawet całkiem ładną ściereczkę kuchenną. A Wam jak się podoba?

Komentarze
0

Stylizacja tygodnia



Ostatnio na forum